wtorek, 12 maja 2015

Tossa de Mar - najpiękniejsze miasteczko Costa Brava



Gdy myślę Tossa de Mar, przed oczami widzę kamienne domy dzielnicy Villa Vella i sylwetkę starej twierdzy obronnej, potem w mojej głowie pojawiają się obrazy niewielkiej plaży, lazurowej wody i ciasnych, urokliwych uliczek. W tym przepięknym miasteczku spędziliśmy 4 słoneczne dni, odpoczywając po tygodniowym zwiedzaniu Barcelony. 




W życiu nie często zdarzają się podobne chwile - chwile, gdy wiemy, bez cienia wątpliwości, że naprawdę żyjemy, czujemy powietrze w płucach, mokrą trawę pod stopami, dotyk bawełny na skórze; chwile, gdy żyjemy całkowicie teraźniejszością i nie liczy się przyszłość ani przeszłość.
Neil Gaiman
 
Poranki i popołudnia spędzaliśmy, wylegając się na ładnej, acz bardzo zatłoczonej plaży, a wieczory spacerując i objadając się w lokalnych knajpkach. Były też chwile, gdy po prostu siadywaliśmy na plaży i patrzyliśmy w morze. 









Co prawda, byłam w piękniejszych nadmorskich miasteczkach, leżałam na ładniejszych plażach i jadłam w lepszych restauracjach, ale to hiszpańska Tossa de Mar szczególnie zapadła mi w pamięć i serce. Nie wiem, co jest takiego w tym miejscu, ale to tu oświadczali się piłkarze Barcy, powstał film „Puszka Pandory” z Ava Gardner, a francuski malarz Marc Chagall namalował „Niebiańskiego skrzypka”, mówiąc, że powstał w błękitnym raju. 











Gdy pójdziemy dalej brukowaną ulicą, ciągnącą się w górę za twierdzą obronną znajdziemy armaty, chroniące niegdyś Tosse przed piratami i zobaczymy jedne z najpiękniejszych widoków na Costa Brava. Całość prezentuje się wyjątkowo malowniczo w promieniach zachodzącego słońca...









Zakochani? Ja bardzo. Czuję powiew ciepłego wiatru na twarzy, już tak niedługo do wakacji...

Dziś stała się rzecz niesamowita. Nie mogę się nią jednak jeszcze podzielić, bo nie chcę zapeszać. Wiąże się to jednak z wymarzoną podróżą w przyszłym roku. To będzie mój pierwszy raz na innym kontynencie! Nigdy nie byłam w popularnym Egipcie czy upalnej Tunezji, a teraz po raz pierwszy opuszczę europejską ziemię i to od razu z impetem, spełniając ogromne marzenie! Więcej wkrótce. Na razie zgadujcie :)

sobota, 9 maja 2015

Filmowe podróże: „Przed zachodem słońca"

czyli spacer po Paryżu



Żegnając się w Wiedniu, obiecywali sobie, że spotkają się za pół roku. Musiało minąć jednak 9 lat, by los zetknął ich ponownie. 

On właśnie promuje w Paryżu książkę, opowiadającą o ich spotkaniu. Ona wiedzie spokojne, choć pozbawione namiętności życie. Spotykają się na promocji w jednej z paryskich księgarni. Tym razem mają niecałe dwie godziny, by poznać się na nowo i dowiedzieć, dlaczego zaprzepaścili swoją szansę na szczęście. 

I znowu spacerują, podziwiają i rozmawiają. Przede wszystkim rozmawiają.

Początkowo o nic nieznaczących błahostkach, później o sobie i uczuciu, które ich kiedyś połączyło. O teraźniejszości i przeszłości. Popełnionych błędach, zawiedzionych nadziejach, utracie wiary w miłość. 

Celine i Jessiego połączyła chemia, której z biegiem lat się jeszcze pogłębiła.  

A gdybyśmy się spotkali ponownie w Wiedniu, czy wyszłoby nam? Oboje wybrali łatwe, choć pozbawione wielkich namiętności życie. Reżyser zdaje się mówić: przecież mogli wymienić się numerami telefonów, adresami, ale nie zrobili tego. Dlaczego? Czy z obawy, że, gdyby jednak im nie wyszło, ich spotkanie przestałoby być jedyne i wyjątkowe? Czy staliby się jedną z wielu znudzonych życiem i sobą par? Życie obeszło się z nimi dobrze, choć nie można powiedzieć, by byli szczęśliwi. Ona skacze z kwiatka na kwiatek, on jest nieszczęśliwy w związku, z którego nie umie się wyplątać. Spotkanie po 9 latach zdaje się być odpowiedzią na ich problemy. Ale czy aby na pewno? Czy tym razem będą potrafili wybrać miłość, nie szukać wymówek?

Let me sing you a waltz
Out of nowhere, out of my thoughts
Let me sing you a waltz
About this one night stand…

Otwarte zakończenie pozwala każdemu zdecydować, jak dalej potoczyły się losy Celine i Jessiego. Reżyser zostawia ich w zawieszeniu, rozmarzonych i chyba szczęśliwych…

O pierwszej części, czyli spotkaniu w Wiedniu, pisałam tutaj.

niedziela, 3 maja 2015

Pomysł na weekendowy wypad: twierdza Königstein w Saksońskiej Szwajcarii



Słowem wstępu

Z uwagi na prognozy pogody, które zapowiadały na majówkę deszcz i jakieś 10 stopni, mieliśmy nigdzie nie jechać. Piątek 1 maja powitał nas więc we Wrocławiu – ścianą deszczu i nieprzyjemnym wiatrem. Spojrzałam na mapę pogody na kolejny dzień i okazało się, że wcale nie będzie tak źle. 15 stopni i słońce! A to wszystko 300 km od Wrocławia:
w Saskiej Szwajcarii w Niemczech. Na szybko przygotowałam krótki plan wyprawy: Königstein, pałacyk w Rammenau i popołudniowy spacer uliczkami Budziszyna. No to co jedziemy? Jak najbardziej! Pobudka 5 rano, mała kawka na rozbudzenie i wyruszamy!



Przybywamy na miejsce

Zostawiamy auto na płatnym parkingu i ruszamy piechotą do twierdzy. Idzie się jakieś 10 minut swojską drogą, a już pod samym zabytkiem można wybrać, czy chce się jeszcze wspiąć tych kilkaset metrów, czy raczej skorzystać z bezpłatnej windy. Wcześniej oczywiście trzeba zaliczyć kasę biletową i wziąć bezpłatny plan twierdzy.







Już widziana z samochodu – Königstein robi ogromne wrażenie. To jedna z najważniejszych górskich twierdzy obronnych w Europie. Na niemalże 10 hektarach wybudowano
m.in. zamek Fryderyka, zamek Magdaleny, budynek studzienny, szpital pokojowy, magazyn pocisków i wiele, wiele więcej! 







Do tego wspaniały mur obronny, wzdłuż którego zaleca się spacer, bo widoki są obłędne! Widać stąd jak piękna jest zielona, saska ziemia! 






Urzeka mnie widok doliny, usłanej łąkami, lasami i małymi domkami. Jest też dumna rzeka Elba (Łaba) i wzgórze Lillenstein w oddali. W ciągu godzinnego spacerku robię prawie 200 zdjęć, po raz kolejny piękno natury mnie zadziwia i rozkochuje w sobie na nowo. 




 Jest tu nawet coś takiego jak las twierdzy :)


Krótka historia

Pierwsze zabudowania, stanowiące podwaliny pod dzisiejszą twierdzę powstały już w XIII wieku. Kolejne przebudowy miały miejsce w XV wieku za sprawą rodu Wettynów, który uczynił Königstein niezdobytą fortecą, a także przez polskiego króla Sasa – Augusta II Mocnego. W swej historii twierdza była także więzieniem, skarbcem i siedzibą wojska. 



Podsumowanie

Nie trzeba wcale nie wiadomo, jak daleko jechać, by spędzić fajnie dzień. Königstein to idealna propozycja dla miłośników zamków i twierdz, a także wielbicieli natury, którą można stąd podziwiać w całej krasie. Bogata historia i liczność atrakcji sprawiają, że w twierdzy Königstein można spędzić godziny. Myślę, że na solidne zwiedzanie, połączone
z kontemplacją widoków wystarczą jednak 3 godzinki. Niedaleko znajduje się też niemieckie skalne miasto – Bastei i miasteczko Pirna, będące bramą do Szwajcarii Saksońskiej.
Te atrakcje zostawiliśmy sobie jednak na kolejny raz, który, mam nadzieję, jeszcze w tym roku :)

Bilet wstępu do twierdzy: 8 euro/os. dorosła;
Parking: 4,50 euro - do 3 godzin.
Plan twierdzy i więcej informacji: http://www.festung-koenigstein.de/pl/obchod.html

Poniżej jeszcze zdjęcie Königstein z Wikipedii, które uświadomi Wam rozmiary tego miejsca: