Soho to dla mnie jedna z
najbardziej klimatycznych części Londynu, taka gdzie włóczenie się bez sensu po
uliczkach sprawia dużo frajdy, gdzie na każdym kroku można zobaczyć coś
ciekawego i gdzie jest cała masa fajnych knajp, czekających, by je odkryć.
Z dziejów Soho
Fanów historii z pewnością
zainteresuje pochodzenie nazwy. Soho miało być bowiem w zamierzchłych czasach okrzykiem
na królewskich polowaniach (so ho! (hajże!)). Do XVII wieku nie było w tej
części miasta właściwie żadnej zabudowy, dopiero potem stopniowo zaczęli się
osiedlać tu imigranci, tworząc kulturowy tygiel, który do dziś jest kluczowy
dla rozwoju i wizerunku Londynu. Już w XIX wieku powstała słynna China Town, po
której spacer to zmiana miejsca o 360 stopni!
China Town, M&Msy i generał Nelson
Przekraczając bramę do China Town,
zostawiamy Londyn z jego czerwonymi budkami i piętrowymi autobusami, i
przenosimy się do świata mniejszości chińskiej, gdzie imigranci z Azji czują
się chyba jak w domu, a może nawet lepiej?
Na Soho jest też najlepszy w
Londynie klub jazzowy, do którego na pewno kiedyś uda mi się kupić bilety! Jest
dzielnica czerwonych latarni i nie jest tajemnicą poliszynela, że to tu
homoseksualiści czują się najlepiej. Co poza tym?
Ogromny M&M’S WORLD na
Leicester Square, skąd naprawdę trudno wyjść z pustymi rękami. Każdy chce tu
coś kupić lub zrobić sobie zdjęcie z poprzebieranymi cukierasami ;)
Poza tym przepełniony ludźmi
Trafalgar Square, upamiętniający generała Nelsona i zwycięstwo brytyjskiej
marynarki wojennej w bitwie pod Trafalgarem. Przyznam, że zrobienie zdjęcia w
tym miejscu bez tabuna gapowiczów graniczyło z cudem. Coś, co na Piccadilly
Circus mi się nie udało ;(
Soho to oczywiście o wiele więcej niż wymienione powyżej atrakcje. Zachęcam Was do włóczenia się uliczkami, ile się da, chodzenia bez planu, gdzie nogi poniosą, bo taki klimat znajdziecie chyba tylko na nostalgicznym Notting Hill.
Gdzie zjeść, by się nie zrujnować?
Po raz pierwszy jadąc gdzieś
skorzystałam z tripadvisora, gdzie sprawdziłam restauracje w Londynie ze
średniej półki cenowej, w których warto zjeść. Trafiliśmy tak dobrze, że już
zawsze będę korzystać z rad innych użytkowników w tej kwestii :)
Z czystym sumieniem mogę Wam polecić trzy restauracje na Soho:
1) Mediterranean Cafe: za atmosferę, genialny wystrój i przemiłe kelnerki, i oczywiście przepyszne jedzenie. Obiad dla dwóch osób z dwoma kieliszkami wina domowej roboty (po 4,20 funta za kieliszek) i wliczonym już w cenę napiwkiem kosztował nas ok. 35 funtów. Za danie obiadowe trzeba zapłacić od 10 do 18 funtów.
Więcej zdjęć i opini na tripadvisorze: http://pl.tripadvisor.com/Restaurant_Review-g186338-d1650736-Reviews-Mediterranean_Cafe-London_England.html
2) Wahaca: coś dla fanów kuchni meksykańskiej. Oboje wzięliśmy po kilka pozycji z menu i wszystko było bardzo dobre. Jeśli ktoś chce się jednak najeść, może być zawiedziony, bo porcje są małe. Na deser polecam gorące churros z polewą czekoladową. Koszt obiadu dla dwóch osób z 0,5 litra wina domowej roboty i deserem to około 30 funtów. Pełne menu i ceny dostępne tutaj: http://www.wahaca.co.uk/menu/food/
My byliśmy w lokalu na 80 Wardour Street na Soho.
Odsyłam też na tripadvisora: http://pl.tripadvisor.com/Restaurant_Review-g186338-d731547-Reviews-Wahaca-London_England.html
3) Pasta Brown: rodzinna włoska restauracja z tradycjami. Jedzenie - niebo w gębie. Moje cannelloni miało idealnie delikatny smak i było najlepszym, jakie w życiu jadłam. M. swoim daniem również był zachwycony. Koszt obiadu z dwoma lampkami czerwonego wina dla dwóch osób to niecałe 40 funtów.
Menu i ceny dostępne tutaj: http://www.pastabrown.com/menu.php?cat_id=3
Menu i ceny dostępne tutaj: http://www.pastabrown.com/menu.php?cat_id=3
Restauracja znajduje się niedaleko Covent Garden i Soho na 31/32 Bedford Street.
Tripadvisor: http://pl.tripadvisor.com/Restaurant_Review-g186338-d680393-Reviews-Pasta_Brown-London_England.html
Gorąco polecam też sieć kawiarni/cukierni Patisserie Valerie, gdzie można zjeść obłędne tarty owocowe i wiele innych słodkości.
Jak
kocham podróże, muzykę i dobre jedzenie, tak będąc w Londynie byłam
prawie w niebie (zabrakło koncertu jazzowego, ale to następnym razem).





























