sobota, 12 lipca 2014

Wzięliśmy ślub z bankiem, czyli o kredycie hipotecznym słów kilka



Stało się! Wczoraj podpisaliśmy umowę z bankiem o kredyt hipoteczny. Tak więc 110 m2 Wrocławia jest nasze!!! (i banku, ale o tym staram się nie myśleć)


Nie muszę Wam chyba pisać, jak bardzo jesteśmy szczęśliwi, że w końcu będziemy mieć własny kąt :))) Czekamy na klucze, które zgodnie z umową powinniśmy dostać do końca listopada, ale mam wieści od kierownika budowy, że może będą jeszcze we wrześniu! Byłoby cudownie :)


O naszym mieszkanku pisać dużo nie będę, raczej chciałabym Wam opowiedzieć, jak wygląda cała procedura zakupu nieruchomości poprzez kredyt hipoteczny. Uchylę jednak rąbka tajemnicy: jest to mieszkanie dwupoziomowe w domku szeregowym, co oznacza, że w tym samym budynku, co ja będzie tylko 1 sąsiad! No ale przejdźmy do rzeczy.


Każdy z nas marzy o własnym kącie i gdy już wie, że to odpowiednia pora zaczyna się rozglądać za tym wymarzonym miejscem. Może się jednak tak zdarzyć, że nasza zdolność kredytowa niestety nie jest na tyle dobra, by móc pozwolić sobie od razu na apartament w centrum miasta, dlatego też opowiem Wam dziś kolejne kroki, jakie my stawialiśmy na drodze do podpisania umowy o kredyt hipoteczny.


1)      Najpierw umówiliśmy się na spotkanie z doradcą kredytowym, który powiedział nam jaka jest nasza zdolność kredytowa i tym samym wiedzieliśmy na co nas stać. 


2)    Gdy już wiedzieliśmy, co i jak, zaczęliśmy przeglądać oferty mieszkań w naszym mieście. I tu już pojawiła się pierwsza scysja między nami, bo ja chciałam jakieś 60m2 w centrum miasta, podczas, gdy mój M. powiedział,że on za blok dziękuję i chce niską zabudowę. Całkiem przypadkiem dowiedzieliśmy się o Osiedlu Rodzinnym, od razu pojechaliśmy się umówić na spotkanie i powiem Wam, że przepadłam... Już wtedy wiedziałam, że ja za blok też dziękuję i ja chcę tu mieszkać. Od razu zarezerwowaliśmy sobie jedno mieszkanie. Od tego czasu mieliśmy jeszcze miesiąc, by się ostatecznie zdeklarować, czy to chcemy na pewno, czy nie i oczywiście sprawdzić dokładnie dewelopera. 


3)      Kolejnym krokiem było umówienie się na podpisanie wstępnego aktu notarialnego z deweloperem :) I w tym momencie wydaliśmy już pierwsze pieniążki, bo ok. 1000 zł na notariusza i zgodnie z umową wpłaciliśmy 2 tys. zł zadatku na konto naszego mieszkanka.


4)      No to jak już wstępną papierologię mieliśmy załatwioną, udaliśmy się z powrotem do doradcy i zaczęliśmy składać wnioski o kredyt hipoteczny. Padło na 4 banki: Millenium (bo tam chyba wszyscy dostają kredyt), PKO BP, PKO SA i Deutsche Bank. I tu się zaczęły schody... Każdy bank w bardzo różnym czasie procesuje wniosek i tak decyzję pozytywną z Millenium mieliśmy już po 3 tygodniach, z DB po 5, z PKO SA po 7, z PKO BP po...10!!! Oczywiście mogliśmy nie czekać na PKO, brać, co dają i mieć to z głowy. Chcieliśmy jednak mieć wszystkie decyzje, by wybrać najlepszą dla nas ofertę i ewentualnie jeszcze trochę ponegocjować. Ostatecznie wszystkie banki postanowiły dać nam kredyt :) Okazało się jednak, że Millenium ma najwyższą marżę, więc od razu odrzuciliśmy ten bank. Szczegółowa analiza ofert wraz z naszym doradcą skłoniła nas do związania się na najbliższe lata z Deutsche Bankiem, który ma obecnie  jedną z najlepszych ofert na rynku i oferuje fajny pakiet inwestycyjny. Mamy więc motywację do oszczędzania :) Za 10 lat wyciągamy pieniążki i fru do Australii, i Nowej Zelandii :)


5)   Ostatnim krokiem było przelanie reszty wkładu własnego na konto nieruchomości i udanie się wczoraj do banku na podpisanie umowy. Spędziliśmy w siedzibie DB ponad 2 godziny, podpisaliśmy jakieś milion papierów i szczęśliwi poszliśmy na dobry obiad do włoskiej restauracji w centrum (dalej się oblizuje po tej pysznej lazanii ze szpinakiem). No to teraz czekamy na klucze, szukamy ubezpieczenia na życie, wybieramy okna dachowe i zbieramy na wykończenie :) Na wiosnę 2015 będziemy już na pewno u siebie :)


Tak w dużym skrócie wygląda ubieganie się o kredyt hipoteczny w naszym kraju. Trzeba długo czekać w niektórych bankach i naprawdę uzbroić się w cierpliwość, ale liczy się efekt końcowy.


Nie wiem, czy wiecie, że zmieniły się w tym roku przepisy i tak:

1)      od 2014 roku trzeba mieć 5% wkładu własnego

2)      od 2015 – 10%

3)      od 2016 – 15%

4)      od 2017 – 20%.


Nasz doradca już się martwi, że za 2 lata nie będzie miał pracy, bo uzbierać tak duży wkład własny może być bardzo ciężko młodym ludziom (oczywiście ten problem nie dotyczy osób, którym może pomóc rodzina).


Trochę się martwię, że ten cały kredyt zabije podróże, ale jestem dobrej myśli i założyłam nawet konto oszczędnościowe na ten cel i wpłacam tam „wolną kasę”, by nie doszło do sytuacji, że za rok nie jedziemy na wakacje.


No to do napisania! Następnym razem wracam do relacji tegorocznych wakacji i zabieram Was po raz ostatni na Santorini!

4 komentarze:

  1. Trzymam mocno kciuki i gratuluję podjecia decyzji! :)))
    Czekam na relacje z Santorini i na nowe wpisy o mieszkaniu :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ceny mieszkań w stolicy są takie, że pewnie nigdy nie będzie mnie stać na 110 m :/ Na razie myślę o jakimś maleńkim mieszkanku - kawalerce. Nawet nie wiedziałam, że w 2017 roku będę musiała mieć 20%! Widzę, że muszę się spieszyć...

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten ślub jest trwalszy od ślubu między ludźmi, bo zerwanie go kończy się źle dla spłacających kredyt. No cóż, kiedyś trzeba stanąć przed wyborem zaciągnięcia długu, by usamodzielnić się na dobre pod względem mieszkania.

    OdpowiedzUsuń