piątek, 16 stycznia 2015

Cinque Terre: szlakiem z Monterosso al Mare do Vernazzy



 U niektórych ludzi... tych, którzy mają w sobie coś z wagabundy... dusza jest przenośna.
Stephen King

Piątek, przedostatni dzień we Włoszech.

Pobudka o 7 rano. Szybki prysznic, kawa i zaopatrzeni w ciepłe jeszcze croissanty i butelki wody wyruszamy zdobyć słynne Cinque Terre.

Oczekiwania są ogromne. W głowie miliony zdjęć. I jakaś taka nadzieja, że i to miejsce na mapie Ligurii nas nie zawiedzie.

Wędrówkę zaczynamy w Monterosso al Mare, gdzie prawie natychmiast wchodzimy na 5 kilometrowy szlak do Vernazzy, by zobaczyć jeden z najsłynniejszych widoków włoskiej riwiery.


Słońce świeci od rana niemiłosiernie. Niebo jest idealnie błękitne. Trudno nie kochać życia.


Ten odcinek Cinque Terre jest określany jako średnio trudny. Przez większość czasu albo wchodzi się pod górę (niestety nie zawsze ścieżką, jest sporo schodów) albo na dół, by po chwili znów wchodzić pod górę. Są jednak chwile, gdy idzie się po prostu przed siebie i kontempluje widoki.



 
Ścieżki są na tyle wąskie, że jakikolwiek dłuższy przystanek na robienie zdjęć spotyka się z protestami idących za nami, zwłaszcza, jeśli śpieszy im się (?!) lub nie rozumieją, jaką można czerpać radość z robienia zdjęć... Jest jednak kilka punktów, w których można na chwilę przystanąć/usiąść i głównie tam wyciągam aparat, starając się nie przeszkadzać innym.




Są zbocza winne, morze, dużo zieleni. Czy można chcieć czegoś więcej?





Jest nawet miejsce z kłódkami dla zakochanych.


Upał i trudy trasy rekompensują po stokroć widoki. 



Warto mieć wygodne buty, bo miejscami są kamienie i jest ślisko.
Ja miałam bardzo wygodne balerinki, które zawsze ze sobą zabieram na wyjazdy. Są już pozdzierane, ale chodziłam w nich po czerwonych skałach na Santorini i przemierzałam kilometry w Barcelonie, czy innych miastach.
Na Cinque Terre również zdały egzamin celująco.

Trasa z Monterosso do Vernazzy jest niezwykle malownicza, a jej przejście z przerwami na zdjęcia zajęło nam ponad 2 godziny. Szacowany czas to jednak 1,5 godziny.

Po drodze znajdują się liczne tabliczki, informujące, gdzie należy zadzwonić, gdyby ktoś źle się poczuł lub coś się stało. W takiej sytuacji trzeba podać przez telefon numer punktu, przy jakim się jest i oczekiwać na pomoc.


Ukoronowaniem trasy jest pocztówkowy widok na Vernazze. My mamy pecha, bo do punktu docieramy w samo południe, gdy słońce świeciło znad miasteczka wprost na nas i aparat.


Zdjęcia udało mi się podratować, przyciemniając barwy (chyba pora zacząć ustawiać filtry w aparacie;)



Poniżej jeszcze zdjęcie tunelu, którym na Cinque Terre jeżdżą pociągi :)


Następnym razem zejdziemy na dół do Vernazzy, wrócimy na chwilę na plażę do Monterosso i pospacerujemy po Cornigli. 
Będzie kolorowo, słonecznie i pięknie!

wtorek, 13 stycznia 2015

Filmowe podróże: „Bezdroża”

czyli szlakiem kalifornijskich winnic



Chcecie wybrać się w wyprawę po słonecznej Kalifornii? Wyobraźcie sobie piękną Toskanię z jej wspaniałymi winnicami, dodajcie do tego dużo słońca, a znajdziecie się w Santa Ynez, przepięknej dolinie na zachodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Ciekawi? Zapraszam na seans "Bezdroży" Alexandra Payne'a.

W „Bezdrożach” wino leje się strumieniami: drogie i tanie, czerwone i białe. Jest piątym bohaterem filmu, językiem miłości, sposobem na życie. I to Ameryka, a nie Francja czy Włochy, jest jego królestwem.

„Bezdroża” to opowieść o dwóch przyjaciołach, którzy diametralnie się różnią. Miles wciąż czeka na swój literacki debiut i nie może dojść do siebie po rozwodzie, z kolei Jack jest dość podrzędnym aktorem i amatorem kobiecych wdzięków. Na tydzień przed ślubem Jacka, Miles zabiera go w męską podróż do słynącej z winnic doliny Santa Ynez. Miles chce spędzić czas z przyjacielem, smakując wino i grając w golfa. Odmiennie sprawę postrzega Jack: w wyprawie widzi szansę na ostatnie „dymanko” przed ślubem, dlatego jego uwagę zwracają wszystkie przedstawicielki płci pięknej, z którymi niemalże natychmiast nawiązuje flirt.

Bohaterowie filmu będą musieli na nowo odkryć swoją przyjaźń. Okaże się nagle, że przeszkadza im sposób bycia kolegi, dlatego trudno im będzie zaakceptować się takimi, jakimi są. Nieustannie narzekający Miles i lekkomyślny Jack to przykład ludzi, którzy nigdy nie powinni się zaprzyjaźnić. Stało się jednak inaczej. Czy przyjaźń dwojga tak różnych osób przetrwa po kawalerskim tygodniu? I czy do ślubu Jacka w ogóle dojdzie?

Co w filmie zachwyca to nastrojowa muzyka i piękne zdjęcia, aż chciałoby się pojechać do Santa Ynez i odbyć podróż śladami bohaterów. Jako miłośnik i znawca wina Miles klasyfikuje ludzi, po tym jakie wino piją. Siebie przyrównuje do Pinota, wytrawnego czerwonego wina o wyrafinowanym smaku, Jacka do Cabernet, gatunku, który można uprawiać byle gdzie. Wino jest więc także filozofią, sposobem na odkrywanie tajemnic o ludziach, którzy je piją.

„Bezdroża” to refleksyjna komedia, w której obok zabawnych tekstów i sytuacji, znajdziemy też sporo prawdy o życiu, w którym konfrontacja marzeń z rzeczywistością często kończy się porażką. Ciągła depresja Milesa wynika z jego niespełnionych ambicji pisarskich. Napisał książkę, której nikt nie chce wydać, bo nie przyjmie się na rynku, nastawionym na rozrywkę. Jego jedyną radością życia stanie się wino, dzięki któremu znajdzie też miłość.

Santa Ynez, Kalifornia (źródło zdjęcia)
 
Film polecam wszystkim, którzy nie wierzą, że Ameryka może być równie urokliwa jak Toskania.

sobota, 10 stycznia 2015

Przypływamy do Santa Margherita Ligure



Jak już pisałam tutaj i tutaj Portofino mnie oczarowało. W porcie miasteczka dostrzegliśmy odpływające w różnych kierunkach łódki, którymi można było dostać się m.in. do San Fruttoso czy Santa Margherita Ligure. Jako, że by wrócić do La Spezii, naszej bazy wypadowej do zwiedzania Ligurii, musimy i tak przesiąść się w Santa Margherita Ligure, to decydujemy się wsiąść na łódkę i popłynąć. Na początek małe zamieszanie w porcie w Portofino. W budce, w której kupuje się bilety nikogo nie ma, a trzy osoby z obsługi spokojnie stoją sobie i gadają. Decyduję się przerwać ich dolce far niente i pytam, kiedy będę mogła kupić bilety. Pan mówi, żebym się nie przejmowała, bo sprzeda mi je później, jak będę wchodzić do łódki ;) 

Zazdroszczę Włochom ich podejścia do życia. Ja bym się zdenerwowała w pracy, gdyby ktoś mnie zapytał, dlaczego coś jeszcze nie jest zrobione, a oni spokojnie, uśmiech na twarzy, wszystko będzie bene, a teraz spokój i dolce vita. Uwielbiam ten kraj!


> > > bilet na łódkę  Portofino - Santa Margherita Ligure: 6,00 euro/os < < <


W końcu wyruszamy, oczywiście z opóźnieniem ;) Słońce świeci, dookoła piękne widoki, żyć nie umierać ;) Nie chciałam psuć ten chwili robieniem zdjęć, aparat wyciągnęłam więc dopiero gdy widać było cel naszej wyprawy.




Cała podróż trwała około 10 minut i była 3 razy droższa niż podróż autobusem (1,80 euro/os). Byłą to jednak miła odmiana po jeździe w ścisku.



Santa Margherita Ligure spodobała mi się od pierwszego wejrzenia. Miasto jest zupełnie inne niż Portofino czy Cinque Terre, a jednak ma w sobie bardzo dużo uroku, polegającego głównie na nienachalnej elegancji kolorowych domków, zadbanych ulicach, rozległych skwerach z licznymi kawiarniami i knajpkami. 


Tu właśnie jemy pyszne panini i zapijamy je obficie winem. Turystów jak na lekarstwo (spotkamy ich wszystkich kolejnego dnia, zwiedzając Cinque Terre). Cisza, spokój i taka powolność życia. Miasto jest bardzo eleganckie i ...drogie. Widać, że zatrzymują się tutaj zamożni turyści, a jednak mimo to nie odbiło się to na panującej atmosferze i urokowi miejsca.



Najpierw spacerujemy nabrzeżem





trafiamy nawet na miejską plażę





i port z jachtami






potem zagłębiamy się w miasto. 
Bardzo podobają mi się te kolorowe kamieniczki.





Wspinamy się coraz wyżej, widoki pięknieją w oczach. 





Trafiamy nawet na chwilę to jakiegoś parku.


Szkoda, że potraktowaliśmy to miasto po macoszemu i wpadliśmy tu tylko na 3 godziny w drodze do hotelu. Chciałoby się tu zostać na dłużej i chłonąć to piękno.



Następnym razem to na co najbardziej czekam i myślę, że Wy też: Cinque Terre!