wtorek, 18 sierpnia 2015

Trudny reportaż: „Dobre kobiety z Chin. Głosy z ukrycia” Xue Xinran


Inspiracją do napisania „Dobrych kobiet z Chin” stała się z rozmowa autorki z pewnym turystą, który z zapałem opowiadał, że właśnie odwiedził Chiny po raz siódmy i że wiele wie o tym kraju. Zaciekawiona Xinran spytała go, co sądzi o sytuacji kobiet w chińskim społeczeństwie, na co usłyszała, że panuje w nim równość. To zdarzenie skłoniło dziennikarkę do spisania wywiadów, które przeprowadziła w całych Chinach i pokazaniu zachodniemu czytelnikowi, jak jest naprawdę. 

Na „Dobre kobiety z Chin” składają się liczne reportaże i wywiady, które są poukładane tematycznie. Każda z opisanych historii jest inna, a jednak wszystkie łączy jedno: dramatyczna sytuacja dziewczynek i kobiet w Chinach. Xinran opowiada także o tym, co spotkało jej rodzinę, nie szczędząc czytelnikowi bolesnych szczegółów. Z bólem wspomina początki rewolucji kulturalnej, kiedy jej poukładany świat wywrócił się do góry nogami. Jej rodzina oskarżona o zdradę, straciła wszystko, a mała Xue była bita i przezywana przez rówieśników w szkole. W tamtych czasach wystarczyło mieć wyższe wykształcenie, by zostać uznanym za kontrrewolucjonistę, a masowe czystki były równie powszechne jak gwałty na dzieciach.

„W czasie „rewolucji kulturalnej” ktokolwiek pochodził z zamożnej rodziny, miał wyższe wykształcenie, był specjalistą lub uczonym, miał znajomości za granicą albo pracował w administracji przed 1949 rokiem, był klasyfikowany jako kontrrewolucjonista. Tego rodzaju przestępców politycznych było tak wielu, że nie mieścili się w więzieniach. W tej sytuacji wysłano intelektualistów daleko na wieś, gdzie pracowali w polu, a wieczorami „wyznawali swoje przewiny” czerwonogwardzistom lub „uczyli się od chłopów”, którzy nigdy nie widzieli samochodu, ani nie słyszeli o elektryczności.”

Ta wstrząsająca książka powinna być lekturą obowiązkową w Chinach, być może wtedy położenie tamtejszych kobiet poprawiłoby się. Nie wiem, która z opowieści zrobiła na mnie największe wrażenie, ale wiem, że długo będę pamiętać historie matek, które straciły dzieci w wyniku trzęsienia ziemi czy córki kuomintangowskiego generała. Szczególnie jednak będę pamiętać o rewolucji kulturalnej, wydarzeniu absurdalnym i pozbawionym sensu, które nigdy nie powinno mieć miejsca.

Zwieńczeniem „Dobrych kobiet z Chin” jest pobyt autorki na Wzgórzu Wołania, gdzie przez kilkanaście dni mieszkała w jaskini i żyła codziennym życiem mieszkańców, którzy przestraszyli się na widok samochodu, bo nigdy wcześniej go nie widzieli…

Choć Xinran rzetelnie przekazuje kolejne fakty, książce nie brak też emocji. Autorka jest wyraźnie rozgoryczona sytuacją, panującą w ojczyźnie i trudno jej zapomnieć o tym, co wciąż spotyka miliony Chinek. Jej cykl reportaży jest nie tylko opowieścią o kobietach, ale też rozprawieniem się z historią ojczyzny i własną tragedią, o której Xinran wciąż trudno pisać.
„Ktokolwiek przeżył „rewolucję kulturalną”, pamięta, jak publicznie upokarzano kobiety, które popełniły przestępstwo posiadania zagranicznych ubrań lub hołdowania cudzoziemskim przyzwyczajeniom. Ku uciesze czerwonogwardzistów obcinano im włosy na najróżniejsze idiotyczne sposoby, smarowano twarze szminkami, obwieszano je powiązanymi sznurkiem butami na wysokich obcasach(…).”

czwartek, 13 sierpnia 2015

Sycylijski raj, czyli rezerwat przyrody Zingaro


Świat pełen jest wielkich, przedziwnych rzeczy, czekających na tych, którzy są na nie przygotowani.
Tove Jansson

Wyprawa do Zingaro była jednym z najwspanialszych, ale też najbardziej męczących dni na Sycylii. W 35 stopniowym upale pokonanie krętych ścieżek rezerwatu okazało się nie lada wyzwaniem. Wszystkie niedogodności wynagrodziły nam jednak po stokroć widoki lazurowego morza, zielonych zboczy i różnorodnej roślinności. To jedno z tych miejsc, w których obcowanie z naturą nabiera nowego wymiaru. Prawdziwy raj stworzony przez Matkę Naturę dla zachłannego na piękno i wrażenia człowieka. Aparatu nie wypuszczałam z ręki ani na chwilę, zamieniając się w prawdziwego japońskiego turystę, który chce sfotografować wszystko.




Rezerwat przyrody Zingaro zajmuje powierzchnię 1650 hektarów i jest pierwszym utworzonym na Sycylii rezerwatem tematycznym. Znajduje się tu kilka szlaków o różnych poziomach trudności, my zdecydowaliśmy się na przejście ścieżką nadmorska, która jest długa na 7 km. Na tej trasie znajdują się liczne zatoczki i plaże, warto zejść choć na część z nich, by z bliska zobaczyć tę cudownie kryształową wodę. 







Ludzi na szlaku jest niewielu. Większość schodzi na pierwszą napotkaną plażę, nieliczni dochodzą do drugiej, a żeby tak całą trasę przejść...to chyba tylko my. Nie wiem, czy to przez upał, ale nikt z grupy, którą szliśmy początkowo nie przeszedł więcej niż 2 km. Było więc przyjemnie pusto i cicho. Mogliśmy do woli kontemplować widoki i przystawać na robienie zdjęć.







Jak się tu dostać?

Zingaro ma dwa wejścia: północne – 12 km od San Vito Lo Capo i południowe, do którego można dostać się autobusem Russo z Castellammare del Golfo. 

Autobusy jeżdżą bardzo rzadko, przykładowe kursy w 2015 roku to: 7.20, 9.20, 12.20 i powroty: 7.55, 9.55, 12.55, itd. Na stronie przewoźnika możecie sprawdzić bieżące rozkłady jazdy. Koszt biletu to 2,60 euro/os. w dwie strony. 

Warto wcześniej zaplanować czas tak, by nie musieć potem długo czekać na transport. Nam się zdarzyła taka sytuacja, ale spotkaliśmy parę z Polski, która miała wynajęte auto i też jechała do Castellammare, więc się z nimi zabraliśmy :)

UWAGA! Z San Vito Lo Capo nie ma możliwości dostania się do rezerwatu komunikacją publiczną, pozostaje więc wynajęcie auta lub zamówienie busa, ewentualnie taksa.

Cena wstępu to 5 euro/os. dorosłą.

Jeszcze kilka ostatnich fotografii z raju. I jak tu wrócić do szarej rzeczywistości?






niedziela, 9 sierpnia 2015

Pomysł na weekendowy wypad: Kolorowe Jeziorka w Rudawach Janowickich



Gdy temperatura we Wrocławiu zaczęła dochodzić do 40 stopni, a termostat w naszym domu pokazał 31, wiedzieliśmy, że trzeba gdzieś pojechać, by przeczekać najgorszy żar, jaki przypadł na wczorajszy dzień. Nasz wybór padł na oddalone o niecałe 100 km Kolorowe Jeziorka, jedną z najważniejszych części Rudawskiego Parku Krajobrazowego.



Wzięliśmy prowiant i dużo wody, i wyruszyliśmy w podróż. 20 km za Wrocławiem już żałowałam, że gdziekolwiek pojechaliśmy. Na autostradzie masa samochodów, jadących nie więcej niż 90/h, korki do zjazdów, wyglądało na to, że Wrocławianie postanowili masowo uciec z miasta przed lejącym się z nieba żarem. Na domiar złego popsuła nam się klima w aucie ;) M. żartował, że mamy darmową saunę. Całą podróż wynagrodziła nam chwila, gdy wysiedliśmy z samochodu – cudowny wiaterek, dużo drzew i błogosławionego cienia. Temperatura odczuwalna ok. 30 stopni. A więc wycieczka okazała się być jednak dobrym pomysłem :)


Aby trafić do Kolorowych Jeziorek nawigację powinniście nastawić na Wieściszowice w powiecie kamiennogórskim, dalej pokierują Was już liczne znaki, wskazujące odpowiednią drogę. Na miejscu jest płatny parking – 10 zł za auto osobowe (cena niezależna od ilości godzin, spędzonych na miejscu). Obsługujący pan wręczył nam też mapkę szlaku.



Pierwszym Jeziorkiem na trasie jest Żółte, powstałe jako wyrobisko podkopalniane. Niestety jak widzicie na zdjęciu poniżej przez upały poziom wód bardzo opadł.




Przez ten wykuty w skale otwór można dojść do Żółtego Jeziorka od drugiej strony.



O wiele ciekawsze okazało się być położone kilkadziesiąt metrów dalej Purpurowe Jeziorko, powstałe po zalaniu kopalni „Nadzieja”, założonej w 1785 roku. Swój niezwykły kolor zawdzięcza roztworowi kwasu siarkowego. Obowiązuje to oczywiście bezwzględny zakaz kąpieli.






Obok tego jeziorka jest też punkt gastronomiczny. Mieliśmy ochotę na kiełbasę z grilla lub karkówkę, ale okazało się, że wcale nie są z grilla, tylko z patelni, więc zrezygnowaliśmy. Wystarczyły zimne napoje i kanapki.




Po chwili wytchnienia udaliśmy się w stronę Błękitnego Jeziorka, zwanego także Lazurowym ze względu na bajkowy wręcz kolor wody. Droga prowadziła zboczem pod górę i była bardzo malownicza. Dużo drzew, świeżego powietrza, ciszy i spokoju. Czułam się jak dziecko, wędrujące z dziadkami przez las w poszukiwaniu ukrytych skarbów.





Błękitne Jeziorko okazało się być najwspanialszym spośród wszystkich. Warto tu na chwilę usiąść i popatrzeć na ten cud natury. Inaczej naprawdę trudno nazwać tak piękne miejsce. Choć nie ma w Błękitnym Jeziorku związków siarki, to i tu obowiązuje zakaz kąpieli. A szkoda, bo woda w upalny dzień naprawdę kusi.







Dalsza droga powiodła nas ku Zielonemu Jeziorku, którego jednak na miejscu nie zastaliśmy. Zamiast niego była tablica edukacyjna, z której dowiedzieliśmy się, że by zobaczyć Zielone Jeziorko najlepiej przyjechać na wiosnę lub po obfitych opadach deszczu.



Pochodziliśmy jeszcze trochę po Rudawskim Parku Krajobrazowym i udaliśmy się w drogę powrotną do upalnego Wrocławia. 



Wycieczka była przede wszystkim wspaniałym sposobem na ochłodę i obcowanie z naturą. Wciąż odkrywam Dolny Śląsk. Gdzie powinnam udać się teraz? Jakieś podpowiedzi?