niedziela, 4 stycznia 2015

Wspomnieniami wracam do Barcelony i dzielnicy Barri Gotic


„To miasto ma czarodziejską moc. Zanim się człowiek obejrzy, wejdzie mu pod skórę i skradnie duszę.”


W Nowy Rok zaczęłam czytać „Wyznaję” Jaume Cabre, której akcja osadzona jest w Barcelonie i zaczęło się niby niewinnie: od oglądania zdjęć z wakacji w lipcu 2013 roku, od marzenia o fantazyjnych budynkach Gaudiego, o przemierzaniu Rambli w tą i z powrotem, o spacerach wąskimi uliczkami mojej ukochanej Barri Gotic... No to kiedy by tam wrócić? I znowu gorączka podróżnicza i tęsknota za kolejnym miejscem już odwiedzonym...


Dzielnica Gotycka to podróż do średniowiecza w centrum tętniącego życiem miasta. Chwilę wcześniej byliśmy wśród tłumów na Rambli, kilka kroków dalej znajdujemy się w zupełnie innym świecie. Miejscu, gdzie słońce nie parzy, uliczki są wąskie, a zabudowa przenosi nas do czasów, gdy modlitwa dominowała nad każdą inną dziedziną życia – do hiszpańskiego średniowiecza.







Cudownie jest tak spacerować, podziwiać detale i kunszt ówczesnych artystów. 



Są tu rozległe place, urocze krużganki w Claustro, fontanna zamieszkała przez gęsi, są też katedry, w tym ta najważniejsza w Barcelonie – Katedera Św. Eulalii, w której ciemnych wnętrzach można poczuć powiew historii Europy.















 
Ocienione ulice Barri Gotic to doskonałe miejsce na spacer, gdy słońce nieznośnie praży. Tu docierają zaledwie jego promienie, pozwalając chwilę odpocząć od skwaru. Zachwycony będzie każdy miłośnik historii, oczy zaświecą się miłośnikom średniowiecznej zabudowy, a każdy zmęczony upałem znajdzie trochę cienia dla siebie. 



Do Barcelony wrócimy jeszcze w międzyczasie innych podróży. Spędziłam w tym pięknym mieście 6 słonecznych dni, trochę opowieści się więc nazbierało.

wtorek, 30 grudnia 2014

2015 – marzenia, nadzieje, plany



Walizki pękają w szwach, kartony walają się po całym mieszkaniu, jutro ten dzień – przeprowadzka. W tle leci Leonard Cohen, pieszczący me zmysły swym niezwykłym głosem. 
W całym tym zgiełku znalazłam chwilkę, by podzielić się z Wami planami i marzeniami na Nowy Rok 2015. 



W 2015 mam zamiar:


27. urodziny spędzić w Londynie



zdobyć Etnę podczas wakacyjnego wyjazdu na Sycylię


wrócić do Rzymu



chciałabym:

przejechać się tramwajem numer 28 w Lizbonie

 

poczuć się jak księżniczka w komnatach zamku Neuschwanstein w Bawarii



sprawdzić, czy Madera faktycznie jest krainą wiecznej wiosny


a poza tym planuję:

ćwiczyć regularnie
jeść mniej słodkiego
wrócić do nauki języków
robić lepsze zdjęcia
czytać więcej, bo ostatnio to zaniedbałam
pójść chociaż na dwa fajne koncerty
mniej się denerwować, a więcej uśmiechać
skończyć remont 


A jakie Wy macie plany na Nowy Rok? O czym marzycie? Zachęcam do dzielenia się swoimi bucket listami na 2015!!!

SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU! 
SPEŁNIAJCIE MARZENIA!

niedziela, 28 grudnia 2014

2014 – rok przełomowy



Kiedy za 3 dni będziecie otwierać szampana w sylwestrową noc, ja pewnie będę leżeć padnięta po przeprowadzce. Może nie będzie to najbardziej spektakularna noc, ale na pewno niezapomniana. Bo pierwsza w moim własnym domu. Na moim łóżku, na moim materacu... 

I marzę, by przyśniła mi się jakaś wspaniała podróż – najlepiej gdzieś daleko – może do Australii? Bo podobno pierwszy sen w nowym miejscu się spełnia... Trzymajcie, więc kciuki!



O moim domku jeszcze Wam opowiem, co nieco pokaże, ale musimy to odłożyć niestety do wiosny, bo na razie mamy tylko łóżko, szafę i łazienkę (i to bez oświetlenia, bo nie doszło ;( Kuchnia powinna być pod koniec stycznia, podobnie sofa, stół, krzesła. Brakuje jednak wciąż bibelotów, półek, wielu lamp, a w gabinecie M. jest jeden wielki śmietnik. Góra w ogóle nietknięta, nawet schodów nie mamy, bo kasa się skończyła... Jak już wyjdziemy na prostą i będziemy mieszkać jak ludzie, obiecuję trochę zdjęć :)
 

A tymczasem zapraszam na krótkie podróżnicze podsumowanie roku.


Słowem wstępu


W 2013 roku odbyliśmy aż 4 wyjazdy zagraniczne i kilka 1-dniowych wypadów po Polsce. W mijającym 2014 roku było gorzej, nie będę ukrywać. Trochę mi smutno z tego powodu, ale z drugiej strony własny dom to tak ogromne przedsięwzięcie, i kosztowne, i czasochłonne, że trzeba się tylko cieszyć, że gdzieś jednak wyjechałam!


Kwiecień

Zamość


Wyjazd na Wielkanoc do rodziny M. w lubelskim, połączyliśmy ze zwiedzaniem Zamościa. Rynek piękny, pogoda wymarzona i już mi się oczy śmiały!



Maj


Zamek w Mosznej


Kocham zamki i pałace. Obsesyjnie wręcz marzę o odwiedzeniu Neuschwanstein w Bawarii. W tym roku się nie udało, odwiedziliśmy jednak przepiękny polski zamek w Mosznej. Był piknik na trawie, spacery po rozległym parku. Polecam! Perełka!



Kreta-Santorini


Tegoroczne wakacje spędziliśmy na przełomie maja i czerwca w Grecji. Trochę martwiłam się o pogodę, ale to był strzał w dziesiątkę! Ciepło, ale nie upalnie, piękne słonko, lekki wiaterek, pyszne greckie jedzonko, zapijane dużą ilością wina i zakochałam się w Grecji na zabój.


Były boskie plaże Krety, takie jak ta na lagunie Balos;



wreszcie była trzydniowa wyprawa na bajkowe Santorini i spełnienie marzenia o wyspie z białymi domkami, i niezapomnianym zachodzie słońca.




Na pewno tam jeszcze wrócę!


Sierpień


Duszniki-Zdrój - Polanica-Zdrój


Weekendowy wypad do dwóch miasteczek uzdrowiskowych, czyli pomysł na krótką wycieczkę z Wrocławia. 




Wrzesień


Toskania – Liguria


Włochy! Mój najukochańszy kraj! Zakochana totalnie w Italii po tygodniu w Rzymie w 2012 roku, wiedziałam, że muszę tam wrócić. I w końcu się udało :)
 

M.in. wdrapałam się na wieżę w Sienie, by podziwiać takie widoki:




przeszłam szlak Cinque Terre




i zachwycałam się widokami w Portofino.



Do Włoch mam zamiar wrócić w przyszłym roku, tym razem na jeszcze dłużej :) Ba, chcę jeździć tam co roku, chociaż na weekend i muszę wrócić do Rzymu chociaż na chwilę...

O planach i nadziejach pokładanych w Nowym Roku 2015 jeszcze napiszę. 
Tymczasem kończę, bo rzeczy się same nie spakują :) Do napisania!

wtorek, 23 grudnia 2014

Do poczytania na święta: „Dziewczyny w podróży” Jennifer Bagget, Holly C. Corbett, Amanda Pressner



Tytułowe „dziewczyny w podróży” zrobiły coś na co ja pewnie nigdy się nie odważę: rzuciły pracę, chłopaków, bezpieczne życie w Nowym Jorku, spakowały plecaki i ruszyły w roczną podróż dookoła świata. Na chwilę przed 30-stką poczuły, że to jest odpowiedni i być może ostatni moment, by zmienić coś w swoim życiu i zacząć wszystko od nowa, odkurzyć zapomniane marzenia, zrealizować wyznaczone cele i nader wszystko – dogadać się ze sobą. Tak rozpoczyna się pełna przygód, radości i zabawy, ale także smutku i tęsknoty,  podróż dookoła świata.

Jennifer i Amanda zaprzyjaźniły się na studiach i udały w podróż po Europie, w czasie której równie dużo zwiedzały, jak i imprezowały. Po uzyskaniu dyplomu Jen dostała pracę w telewizji, a Amanda w jednym z kobiecych pism, gdzie poznała Holly. Dziewczyny zaczęły spędzać czas we trójkę i tak odkryły, że łączy ich pasja do podróżowania. Chyba Holly pierwszy rzuciła pomysł wyprawy dookoła świata, co zgrało się w czasie z problemami Jen z chłopakiem i pomysłem Amandy na pisanie reportaży z podróży. I tak dwa lata później wsiadły w samolot do Limy i rozpoczęły przygodę swojego życia.

Nie zawsze było im łatwo: początkowa ekscytacja szybko zamieniła się w przemęczenie i tęsknotę za rodziną i ukochanymi. Adaptacji nie ułatwiały także karaluchy w hostelach, dziura w ziemi, służąca za toaletę w Kenii, agresywny taksówkarz i wszechobecni złodzieje. Była świetna zabawa, imprezy do rana i poznawanie nowych ludzi, ale nie zabrakło też kłótni i zgrzytów. Podróż umocniła przyjaźń Jen, Amandy i Holly, ale była też dla niej ogromną próbą. Dziewczyny miały inne oczekiwania wobec wyprawy, inne rzeczy chciały przeżyć i osiągnąć: podczas, gdy Jen i Amanda lubują się w imprezach do białego rana, Holly nie widzi sensu w ciągłej zabawie, zamiast doświadczaniu nowego. Jen chce odbyć wolontariat w Kenii, Amanda pisać, a Holly zrobić kurs nurkowania i jogi. Jakoś w tym całym rozgardiaszu udało im się jednak odnaleźć siebie i własną drogę w życiu, pogodzić się z tym kim są i kim nigdy nie będą, i w końcu nauczyć się żyć w zgodzie ze sobą.
 
dziewczyny w Peru

„Dziewczyny w podróży” okazały się być ujmującą, zabawną i pouczającą opowieścią o życiu, podróży i akceptacji. Opisy odwiedzanych miejsc i przygód przeplatają się z przemyśleniami autorek, ich marzeniami i tęsknotami. Podobało mi się, że nie jest to jedna ciągła opowieść, ale trzy odrębne, acz łączące się ze sobą, historie. Czytając miałam wrażenie, że każdą z dziewczyn trochę poznałam i chyba najbardziej polubiłam Holly, która wydaje się mi być ciepłą i dobrą osobą, myślącą przede wszystkim o innych. Szczególnie zaciekawił mnie wolontariat, jaki autorki odbyły w Kenii. Nie zabrakło też wędrówek śladami Inków, rowerowej wycieczki wokół Angkor Wat w Kambodży, leniuchowania na plażach w Indonezji, zabawy w Brazylii, objazdówki po Australii i Nowej Zelandii… 

Holly, Amandy i Jennifer nie nazwałabym jednak prawdziwymi podróżniczkami. Dość wspomnieć, że dziewczyny dwukrotnie wracały do Stanów w czasie wyprawy, wynajmowały lokalnych przewodników i sporadycznie sypiały w eleganckich hotelach. Powiedziałabym raczej, że „Dziewczyny w podróży” to relacja z wyprawy trzech turystek, może trochę nietypowych, ale jednak turystek. Czy to źle? Bynajmniej – dzięki szczerej relacji i sposobie bycia autorek czytelnikowi łatwiej się z nimi utożsamić i snuć plany o własnej podróży dookoła świata. Szkoda tylko, że publikacji brakuje zdjęć, które są dla mnie niezbędnym dodatkiem do książek podróżniczych. Można je za to pooglądać na ich stronie internetowej.

Kochani!  
Z okazji nadchodzących Świąt życzę Wam wszystkich dużo beztroskiej radości, 
samych pyszności na stole 
i wspaniałych prezentów pod choinką :)  
Do napisania po Świętach!!!

niedziela, 21 grudnia 2014

Bruksela: chwila wytchnienia w Petit Sablon i spojrzenie na majestatyczne katedry


W drodze do brukselskiej katedry Notre Dame natchnęliśmy się na przeuroczy skwerek Petit Sablon. Szybko pożałowałam, że nie jest wiosna, bo fajnie byłoby posiedzieć na jednej z ławeczek i się zrelaksować. A tak szybki spacer, kilka fotek i trzeba ruszać dalej, bo wiało.



Od ulicy skwerek oddzielają kolumny z brązowymi posągami, ilustrującymi takie zawody jak murarz czy kamieniarz. Poza tym jest dużo zieleni i piękne widoki na wspomnianą już katedrę Notre Dame.







Katedra jest przepiękna. Promienie słoneczne nadają jej wyjątkowy wyraz.




Skoro już jesteśmy w okolicy, postanawiamy zobaczyć Pałac Sprawiedliwości. Niestety jak widać w remoncie :/


Wchodzimy nawet do środka, wszędzie pełno prawników i ważnych osób. A my się włóczymy, oglądamy posągi i...szukamy toalety :)

Spoglądamy też na Brukselę z góry. Widok taki sobie. Właśnie wtedy pomyślałam pierwszy raz, że to nieciekawe miasto.



Wracamy z powrotem. Na placu królewskim natykamy się na kościół o tak długiej i trudnej nazwie, że nawet nie będę jej tu przytaczać. Zresztą nie podoba mi się, więc nie poświęciła, mu zbyt wiele uwagi.



Do centrum wracamy jednak przez kolejną fajną zieloną przestrzeń z bardzo ładnym widokiem na starówkę.


Potem obiad (fryty belgijskie), deser (gofry) i grzaniec na jarmarku ;)

No i jedziemy oglądać kolejny zabytek – Katedrę Św. Michała i Guduli.



Tu odbył się m.in. ślub obecnej pary królewskiej Belgii – Filipa, księcia Brabancji i hrabianki Matyldy d’Udekem d’Acoz.





Katedra wspaniała, choć wielkiego wrażenia na mnie nie robi. 

Do Brukseli wrócimy jeszcze w kolejnym poście. Tymczasem zapraszam na moje aukcje na allegro. Pozbywam się książek przed przeprowadzką za bezcen. Więcej tutaj.