wtorek, 24 marca 2015

SPEND YOUR PERFECT BIRTHDAY IN LONDON!



czyli moje pomysły na 27.urodziny w Londynie


1) Powłócz się po Notting Hill. Poszukaj dobrze, a może Hugh Grant gdzieś wyskoczy?



2) Zjedz tartę z owocami albo inny smakołyk w Patisserie Vallerie. 


3) Kup sobie coś fajnego na Covent Garden. Ja znalazłam ten muminkowy sklepik i nie mogłam z niego wyjść!


4) Powiedz „hello” Londynowi z czerwonej budki!


5) Poszukaj pelikanów w St James Park.


6) Zjedz urodzinową obiado-kolację na Soho, np. w Mediterranean Cafe (gorąco polecam!)


7) i najważniejsze: spełnij jakieś marzenie. Ja poszłam do Tower, by zobaczyć miejsce, w którym Anna Boleyn straciła głowę.


Więcej i obszerniej o Londynie wkrótce :) Tymczasem jestem starsza o kolejny rok i mam coraz więcej marzeń do spełnienia :) Pozdrawiam, do napisania!

wtorek, 17 marca 2015

Bardzo łatwo jest miło spędzać czas...



 Można leżeć na moście i patrzeć, jak przepływa pod nim woda. Albo biegać i brodzić w czerwonych botach po mokradłach.
Albo zwinąć się w kłębek i przysłuchiwać się, jak deszcz pada na dach. Bardzo jest łatwo miło spędzać czas.

sobota, 14 marca 2015

Perła Ligurii: Portovenere



Pewna Włoszka spytana przeze mnie, co warto zobaczyć na wybrzeżu liguryjskim, bez wahania odpowiedziała: Portovenere jest najlepszym, co mamy w okolicy. A ja zaczęłam się drapać w głowę, bo wcale a wcale nie planowałam tam jechać. No ale jak już Włoszka tak mówi, to znaczy, że trzeba, prawda?




Był nasz ostatni dzień we Włoszech. Sobota, 27 września. Słońce od rana pięknie świeciło, a dzień zapowiadał się wyjątkowo pięknie. Po wypiciu porannej kawy i wymeldowaniu się z hotelu od razu poszliśmy na autobus do Portovenere (do przystani mieliśmy niestety kawałek, więc prom odpadał). Myślałam, że po Cinque Terre nic w Ligurii już nie jest w stanie wzbudzić we mnie zachwytu. Jak się okazało – bardzo mylne były me przekonania ;)

Kochani, Portovenere ma wszystko, co najlepsze w Ligurii. Piękne kolorowe kamieniczki, cudne wąski uliczki, klimatyczny kościółek, w którym mogłabym wziąć ślub ;), a także niezwykły zamek na wzgórzu i wreszcie grotę, w której można przysiąść, pomyśleć i popatrzeć na morze – ba, grotę, którą ukochał sobie sam George Byron. Miasteczko skradło moje serce i jest moim absolutnym numerem 1 w tej części Włoch. Muszę tam kiedyś wrócić, by przeżyć jeszcze jeden tak piękny dzień! I strasznie żałuję, że już nie podziękowałam tej Włoszce za dobrą radę, bo gdyby nie ona nie odkryłabym tego cudownego miejsca!




Gotowi na kolejny spacer?


Po wyjściu z autobusu naszym oczom ukazały się fasady kamienic na Piazza della Marina. Warto poświęcić chwilę, by zjeść lody lub wypić coś zimnego w którejś z knajpek z widokiem na morze. Uwielbiam w taki właśnie sposób spędzać czas ;) Inną ciekawą opcją jest opalanie się na skałkach, co praktykują miejscowe dziewczyny, nie zważając na ciekawskie spojrzenia turystów.











Z placyku zobaczyłam w oddali kamienny kościółek, tak obłędnie położony, że po prawie biegłam do niego :)




Kościół Św. Piotra został zbudowany na skalistym cyplu w XIII wieku i po dziś dzień zachował swój niepowtarzalny klimat. 








W naszą sobotę akurat miał się tu odbyć ślub marynarza i pięknej dziewczyny (żałuję, że nie mam w sobie tyle odwagi, by cykać zdjęcia ludziom, więc musicie sobie wyobrazić sami tę parę z bajki). Poniżej znajdziecie choć zdjęcie pięknie przystrojonego kościoła. 



Prawda, że klimatycznie? Mnie nic więcej, by nie trzeba do szczęścia...


W jednej ze skalistych zatok u podnóża kościółka zrozumiecie, dlaczego to miejsce zostało nazwane Zatoką Poetów i dlaczego Byron szczególnie je sobie upodobał.










Stamtąd nogi już same poniosą do... No właśnie gdzie? Tego dowiecie się następnym razem :)




Jak tu dotrzeć?

Z La Spezii (naszej bazy wypadowej) do Portovenere odjeżdża autobus numer 11, bilet kosztuje 2,50 euro, a czas przejazdu to około 25 minut. Inną opcją jest też prom (koszt 7 euro w dwie strony, lub 4 euro w jedną). Jak widzicie różnica w cenach nie jest wielka, a wycieczka promem na pewno jest bardziej malownicza i zachwycająca, aniżeli jazda zatłoczonym autobusem na stojąco ;)

poniedziałek, 9 marca 2015

Barcelona: podziwiając architekturę dzielnicy Gràcia



Jeśli jesteś miłośnikiem architektury tak jak ja, musisz pojechać do Barcelony i dać się ponieść nogom w dzielnicy Gràcia! 


To tutaj zobaczysz jedno z pierwszych dzieł Gaudiego – Casa Vicens, budynek w stylu mauretańskim, zbudowany z tysięcy płytek, układających się w motywy kwiatu cynii.


 
Już przy Passeig de Gràcia stoi dumnie Casa Milà, którą barcelończycy nazywają „la pedrera”, czyli kamieniołom. 


Na zdjęciu poniżej na pewno wszyscy rozpoznają Casa Batlló, klejnot barcelońskiej secesji, któremu poświęcę osobny wpis wkrótce ;)


Chwilę wcześniej przy tej samej alei stoi Casa Amatller, będąca wariacją na temat klasycznej niderlandzkiej kamienicy. Zdradzę Wam, że Casa Amatller to mój ulubiony budynek w Barcelonie :)



Równie bogato zdobiona jest Casa Lleo Morera, której neorenesansowa fasada szczególnie zachwyca.


A gdy już zobaczymy te wszystkie cudeńka, dlaczego nie pójść trochę dalej i nie pooglądać „zwyczajnych” budynków, które i tak są na tyle ładne, że zapadają w pamięć i serce?









 
Kilkugodzinny spacer po Gràcia to jedna z najfajniejszych rzeczy, jakie zrobiliśmy będąc w Barcelonie. Zapewniam, że jest się czym zachwycać, a aparatu nie będziecie wypuszczać z rąk!

Ostatnio trochę zaniedbuję bloga i rzadko zaglądam na Wasze, ale postaram się to wszystko nadrobić. Przez brak słońca odczuwałam ogólne zniechęcenie do wszystkiego, ale myślę, że to już za mną :) Teraz pomału planuję Londyn, który już niedługo. I tu pytanie do Was: znacie jakieś fajne miejsce na kolację urodzinową z dobrym jedzeniem, ale takimi cenami, byśmy się nie zrujnowali? Czekam na sugestie. Pozdrawiam i ślę moc uścisków!

niedziela, 1 marca 2015

„Zapiski z wielkiego kraju” Bill Bryson, czyli ironicznie o Ameryce

 
Ameryka – kraj fast foodów i baseballu. Potęga - pod wieloma względami. Miejsce, gdzie załatwienie sprawy w urzędzie graniczy z cudem, a wolny czas spędza się w centrach handlowych.  Do takiej Ameryki po 20 latach nieobecności wraca Bill Bryson, felietonista, znany ze swego ironicznego stylu i specyficznego poczucia humoru.

Bryson, gdy opuszczał ojczyznę był jeszcze młodzieńcem, podczas, gdy powrócił jako człowiek dojrzały, obciążony bagażem doświadczeń, angielską żoną i czwórką dzieci. Był więc zupełnie innym człowiekiem. Nie on jeden jednak: dawno niewidziana, odrzucona przezeń Ameryka, niczym obrażona kochanka, wypięła się na niego i zmieniła tak bardzo, że z trudem może ją poznać. I właśnie o tym odkrywaniu ojczyzny na nowo traktują „Zapiski z wielkiego kraju”.

Książka jest zbiorem felietonów, jakie ukazały się w gazecie „The Mail on Sunday” w latach 1996-1998. Niektóre teksty nie są więc już aktualne, ale bynajmniej nie odbiera im to uroku. Bryson porusza szeroką gamę tematów: od konsumpcjonizmu po karę śmierci, sprzedaż wysyłkową i biurokrację. Niektóre felietony rozśmieszyły mnie do łez, inne mocno wynudziły lub zirytowały niepotrzebną ilością danych statystycznych. Brysonowi nie można jednak odmówić poczucia humoru i lekkiego, ironicznego stylu, dzięki czemu lektura jest przeważnie łatwa i przyjemna. W „Zapiskach z wielkiego kraju” nie znajdziecie naukowych wywodów, próbujących wyjaśnić, dlaczego w Ameryce jest tak, a nie inaczej. To, co dostaniecie, to swobodne opowiastki o codziennym życiu człowieka, który zapomniał, jak to jest być Amerykaninem i dlaczego właściwie to jest takie fajne.

Bryson o swojej ojczyźnie pisze tak:
„W Ameryce jest wiele rzeczy, które są kapitalne. Wszystkie te dobrze znane sprawy, o których powszechnie wiadomo – łatwość i wygoda codziennego życia, przyjazne nastawienie ludzi, niesamowicie wielkie porcje jedzenia w restauracjach, ta upajająca świadomość, że niemal każda potrzeba czy zachcianka może być z łatwością i natychmiast spełniona.”

Przeważające fragmenty wyglądają jednak tak:
„A więc skąd się bierze ta cała głupota? Nie mam pojęcia, ale jestem pewien – całkiem na serio – że we współczesnym amerykańskim życiu istnieje coś, co tłumi myślenie, nawet u mniej więcej normalnych ludzi.”

Takim wstawkom towarzyszy zazwyczaj rozwodzenie się nad głupotą telewizji i urzędników, i tym, że Amerykanie właściwie nic nie wiedzą. Bryson słusznie zauważa, że w żadnym innym kraju na świecie mieszkańcy nie mają wszystkiego podanego na tacy. 

Wyobraźmy więc sobie, że udaliśmy się w podróż do Stanów. Razu pewnego zatęskniliśmy za domem, więc kupujemy gazetę, by dowiedzieć się najświeższych wieści z kraju. Natrafiliśmy na artykuł o Polsce, a tam w tekście o strajku w Warszawie, pojawia się dodatkowa informacja, że jest to stolica i że Polska graniczy z Rosją i Niemcami. Pomyślicie sobie: wtf?! A Bryson Wam odpowie, śmiejąc się: to jest właśnie kwintesencja Ameryki! Nie dziwcie się więc Europejczycy, że Amerykanie nie wiedzą, że stolicą Hiszpanii wcale nie jest Barcelona. Bo po co niby im taka wiedza, skoro dziennikarze skrupulatnie wszystko wyjaśnią i wytłumaczą, jak dziecku w szkole?

„Zapiski z wielkiego kraju” to zbiór wielu znakomitych i kilku śmiertelnie nudnych felietonów. Czytanie Brysona to przeważnie świetna zabawa i czysta przyjemność. Szkoda, że dziennikarz nie był w Polsce. Ciekawa jestem, co napisałby o naszych przywarach i jak by mu się u nas żyło.

A na koniec mój ulubiony fragment, w którym Bryson opisuje jak to w Ameryce pozywa się wszystkich i za wszystko, i o zgrozo, często wygrywa tysiące dolarów:
 „Jestem pewien, że czytaliście już o tej kobiecie z Kalifornii, która pozwała spółkę Walta Disneya po tym, jak ona i jej rodzina zostali napadnięci w parku rozrywki Disneyland. Głównym powodem pozwu było to, że gdy jej wnuki zostały zabrane na zaplecze przez personel, który chciał je tam uspokoić po napadzie, to przeżyły ogromny szok, widząc, jak postaci z disnejowskich kreskówek zdejmują z siebie kostiumy. Odkrycie, że Myszka Miki i pies Goofy tak naprawdę są zwykłymi ludźmi w kostiumach, było dla tych niebożąt zupełnie nie do zniesienia.”

PS Ostatnio czytam trochę o Stanach, bo bardzo mi się marzy podróż do tego fascynującego i różnorodnego kraju. Po cichu liczę, że może za rok, dwa się uda :)